loader image

Siła spokoju. Czerwiec 1956 raz jeszcze

Share on facebook
Share on twitter
Share on pocket
Fot. Wielkopolskie Muzeum Niepodległości

Tamtego dnia Edmund Czeszak stał na przystanku tramwajowym, czekając na bimbę, który miała go zawieźć do pracy w Wiepofamie. To miał być pierwszy dzień w tym zakładzie. Ale nie był.

Zamiast przeżyć początek kariery zawodowej na stanowisku tokarza, młody Czeszak dołączył do robotniczego pochodu, który zmierzał m.in. przez Jeżyce w kierunku ówczesnego placu Stalina. Edmund musiał być zafascynowany twardym, mocnym brzmieniem drewnianych okulaków, robotniczych butów, które wybijały na bruku miarowy, równy krok wielotysięcznego pochodu. Musiała mu imponować ta niema, bijąca z tłumu w drelichach siła, skoro zdecydował się pójść ze starszymi mężczyznami do śródmieścia. Musiał się zgadzać z hasłami, które wznosili demonstranci. Widział, jak z dachu ZUS zrzucano urządzenia zagłuszające. Wreszcie – usłyszał strzały, dobiegające z okolicy ulicy Kochanowskiego, z obleganego przez poznaniaków gmachu Wojewódzkiego Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego.

Nie przestraszył się od razu. Jak wielu młodych mężczyzn, napełniał butelki z pobliskiej rozlewni piwa benzyną, spuszczoną z unieruchomionego Stara. Wiedział, do czego mają posłużyć „koktajle Mołotowa”. Czy sam również rzucał je w stronę ubowców? W rozmowie z Poznańskim Archiwum Historii Mówionej wspomina, że było to zadanie starszych kolegów. W jego rękach znalazł się też przez chwilę karabin.

Strach zdjął go dopiero w momencie, gdy seria z broni maszynowej rozorała głowę stojącego obok kolegi. Widząc jego zwłoki zrozumiał, jak niewiele znaczy z butelką benzyny w dłoni. I czym ryzykuje. Wtedy się wycofał – ulicą Kolejową dotarł do domu. Od matki oberwało mu się za to, że… nie kupił tego dnia chleba.

Dziś opowiada o tym z dużym spokojem, wynikającym zapewne z upływu czasu. Z takim samym spokojem losy swojej rodziny, skazanej w listopadzie 1939 roku na tułaczkę, relacjonuje Jadwiga Cicha, wówczas córka grodziskiego lekarza. Wysiedlona przez niemieckich okupantów, przez obóz przejściowy w Muniewie i klasztor franciszkanów w Niepokalanowie trafiła wraz z bliskimi do cukrowni Józefów pod Warszawą. W tym samym czasie podobną trasę w bydlęcych wagonach – do tzw. Generalnego Gubernatorstwa – pokonywały tysiące Polaków z Warthegau. Często na siarczystym mrozie i w śniegu. A wszystko w ramach rozpisanej przez Niemców na lata akcji zniemczania Wielkopolski. Akcji, która ostatecznie zakończyła się fiaskiem.
Edmund Czeszak i Jadwiga Cicha to przedstawiciele najszybciej odchodzącego pokolenia. Dobrze, że swoimi relacjami zdążyli się podzielić z innymi.

Ich wspomnień wysłuchacie w dziale Najnowsze.

Piotr Bojarski

Subskrybuj aby być na bieżąco